Serial

Ludzie i Bogowie

Opowieść o ludziach, którym historia kazała zmierzyć się z ciężarem decyzji o życiu i śmierci innego człowieka.

Onyx i Dager

Jak wykonywano wyroki na zdrajcach i szpiegach w okupowanej Warszawie

Oddział likwidacyjny "Zakładu Oczyszczania Miasta". Był to jeden z najtrudniejszych odcinków działalności polskiego państwa podziemnego. Żołnierze oddziałów likwidacyjnych, takich jak ZOM, wykonywali zadania, które wymagały ostrożności i ogromnego hartu ducha.

Stale rosnące niebezpieczeństwo

Przez lata istnienia polskie państwo podziemie zagrożone było nie tylko represjami ze strony okupanta, ale też próbami zinfiltrowania własnych szeregów przez jego agentów. Wraz z kolejnymi sukcesami III Rzeszy na wszystkich frontach po 1939 r. nad Wisłą rosła świadomość, że wojna nie skończy się szybko. Oznaczało to konieczność rozbudowania struktur polskiej armii podziemnej. Dla służb policyjnych (Gestapo) oraz wywiadowczych (Abwehra) okupanta była to rzecz jasna idealna okazja do "przemycenia" agentów wewnątrz polskiego ruchu oporu.

Zdając sobie sprawę z podobnego zagrożenia, kierownictwo Związku Walki Czynnej powołało do życia w marcu 1941 r. Wydział Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu oddziału II Komendy Głównej ZWZ. Jego zadaniem było przede wszystkim rozpracowanie siatki agentów wroga i sabotowanie jego działań. Wydział podzielony był na komórki, spośród których największy lęk wzbudzał tzw. referat 993, podlegający porucznikowi Stefanowi Rysiowi ps. "Fiszer". Komórka ta specjalizowała się w czynnościach zmierzających do likwidacji osób współpracujących z okupantem.

Brutalna potrzeba chwili

Armia podziemna nie dysponowała więzieniami, w których mogłaby przetrzymywać zdrajców i szpiclów. Ich likwidacja często stanowiła jedyne dostępne rozwiązanie mogące zapobiec utracie własnych agentów oraz zasobów. Trzeba było jednak używać tego środka ostrożnie, gdyż Niemcy często odpowiadali na śmierć swoich zauszników ciężkimi represjami wobec ludności cywilnej. Każdy wyrok śmierci polskiego państwa podziemnego poprzedzony był wnikliwym śledztwem oraz obserwacją podejrzanego. Wyroki w tej sprawie wydawał tzw. Sąd Kapturowy bądź Wojskowy Sąd Specjalny. Dość powiedzieć, że od jego wyroków nie przysługiwało odwołanie…

Wykonywaniem wyroków podziemnych sądów kapturowych zajmowały się tzw. oddziały likwidacyjne. Ich praca była niezwykle niebezpieczna, na dodatek wymagała żelaznej wręcz woli i cierpliwości. Członkowie oddziału likwidacyjnego (zwykle było ich kilkunastu) musieli niejednokrotnie długo obserwować skazanego, jego codzienne zwyczaje i rytuały, nim mogli dokonać zamachu. Byli przy tym narażeni na ewentualną obserwację np. agentów Gestapo. Nawet zwykła kontrola policyjna mogła zakończyć się dla żołnierza podobnego oddziału fatalnie, jeśli posiadał przy sobie broń.

Bohaterowie serialu "Ludzie i bogowie" są doskonałym przykładem tego, jak z czasem zmieniało się podejście członków oddziałów likwidacyjnych do pełnionej służby. O ile porucznik Zaręba, ps. "Onyks", z czasem zaczyna mieć coraz większe wątpliwości co do metod prowadzenia walki, to dla kaprala Korzeniowskiego liczy się przede wszystkim brutalna rozprawa z okupantem.

Zakład Oczyszczania Miasta

Działania polskiego kontrwywiadu w warunkach okupacji musiały być z konieczności szybkie i bezwzględne. Każdy dzień zwłoki mógł narazić na dekonspirację kolejne komórki podziemia, a co za tym idzie – skazać na śmierć setki, a nawet tysiące osób. ZOM, zwany też nieco ironicznie "Zakładem Oczyszczania Miasta", powstał jeszcze w maju 1940 r. i stanowił zbrojne ramię Okręgu Warszawa Miasto ZWZ.

Jedną z jego najsłynniejszych (ale i najbardziej kontrowersyjnych) akcji był udany zamach na niemieckiego kolaboranta, Igo Syma, który miał miejsce 7 marca 1941 r.

Nowy serial TVP, "Ludzie i bogowie", pozwoli śledzić losy żołnierzy jednego z oddziałów likwidacyjnych. Bohaterami są weterani kampanii wrześniowej - porucznik Leszek Zaręba, ps. "Onyks" oraz kapral Tadeusz Korzeniewski ps. "Dager". Obydwaj są młodzi, pełni zapału do walki z okupantem, a jednak przedłużająca się walka odciska na ich psychice coraz wyraźniejsze piętno.

To postaci fikcyjne, ale nie inaczej było w rzeczywistym oddziale likwidacyjnym ZOM. Jego członkowie nie mogli podzielić się z bliskimi szczegółami swojej służby, a więc dramatyczne sceny egzekucji musieli niejako dusić w sobie. Tym większy nacisk Komenda Główna ZWZ stawiała na silne osobowości wśród dowódców takich oddziałów, którzy byli osobami pierwszego kontaktu dla podkomendnych.

"Stanie z bronią gotową do strzału było bardzo męczące. Nic tak nie denerwuje jak czekanie. Lepiej się ruszać, udawać, że się wykonuje jakąś czynność. No ale ile czynności można wymyślić? […] Ileśmy wtedy nerwów stracili"

Lucjan Wiśniewski, żołnierz AK

Najtwardsi z najtwardszych

Choć chętnych do służby w ZOM nigdy nie brakowało, selekcja była niezwykle surowa. Do działań nie angażowano osób niepełnoletnich. Idealny kandydat miał od 20 do 30 lat, był sprawny fizycznie, potrafił się obsługiwać z bronią i posiadał dużą wytrzymałość psychiczną. Osoby niestabilne emocjonalnie mogły bowiem szybko stać się zagrożeniem dla towarzyszy broni podczas akcji. Szukano również osób zdyscyplinowanych – nigdy nie wiadomo było bowiem, kiedy z komendy przyjdzie rozkaz dokonania likwidacji osoby, którą członek oddziału znał osobiście.

Żołnierzom grup likwidacyjnych nie tłumaczono, dlaczego dana osoba została skazana na śmierć. Otrzymywali jedynie wyrok z bezwzględnym nakazem wykonania. W zależności od stopnia skomplikowania zadania formowano odpowiednio dużą grupę uderzeniową. Zwykle było to ok. 2–3 osób, z których jedna miała być oficerem.

Plan wykonania wyroku tworzono na bazie obserwacji skazanego – miejsc, w których bywał, codziennych rytuałów. Istotnym punktem takiego planu było również przygotowanie planu ewakuacji członków oddziału po dokonaniu zadania. Zabójstwo Igo Syma, dyrektora Theater der Stadt Warschau, kolaborującego z Niemcami, była wręcz modelowym przykładem takiej akcji. Po dokonaniu wyroku członkowie oddziału likwidacyjnego opuszczali miejsce zdarzenia, idąc w odmiennych kierunkach, powolnym, pewnym krokiem, aby nie wzbudzać podejrzeń.

Klęska Francji wiosną 1940 r., a także atak III Rzeszy na Związek Radziecki skomplikowały mocno sytuację kontrwywiadu polskiego państwa podziemnego. Szybko okazało się, że takich oddziałów jak ZOM Polacy potrzebowali więcej, i to nie tylko w Warszawie. Doprowadziło to do powstania wspomnianego już referatu 993, a także podlegającego mu oddziału likwidacyjnego o kryptonimie "Wapiennik", który został niejako spadkobiercą ZOM-u. Rozmach oraz natężenie działań nowych instytucji już niebawem przyćmią dotychczasowe osiągnięcia polskiego kontrwywiadu, jest to już jednak temat na inną historię…

Igo Sym

Życie i śmierć Igo Syma. Historia wyroku na aktorze i dyrektorze Theater der Stadt Warschau

Był przystojny i utalentowany. Bywalczynie warszawskich kin i teatrów wprost uwielbiały Igo Syma. Jednak zamiłowanie do luksusów oraz pragnienie sławy doprowadziło aktora do kolaboracji, a co za tym idzie – do śmierci.

Skromne początki

Urodził się w Innsbrucku 3 lipca 1896 r. Igo Sym, a właściwie Karol Antoni Juliusz Sym, był synem Polaka i Austriaczki. Od najmłodszych lat marzył o scenie, początkowo jako muzyk, z czasem jednak zdecydował się na aktorstwo. Po czterech latach służby w armii Austro-Węgierskiej podczas I Wojny Światowej osiadł na dobre w Polsce, gdzie początkowo znalazł zatrudnienie jako urzędnik bankowy. Praca ta wydawała się Symowi monotonna i była kiepsko płatna. Na ten okres przypada również jego nieudane małżeństwo z Heleną Fałat.

Upokorzony i samotny, Sym wyruszył wreszcie do Warszawy, by zostać aktorem. Tym razem szczęście się do niego uśmiechnęło. Zadebiutował na wielkim ekranie w filmie "Wampiry z Warszawy" (obraz nie zachował się do dziś) w 1925 r. Widownia, a zwłaszcza damska jej część, z miejsca pokochały przystojnego aktora o przenikliwym spojrzeniu. Kariera Syma nabrała zawrotnego tempa.

Żądza sławy za wszelką cenę

Przez następne 15 lat Sym praktycznie nie schodził z planu filmowego. "Kochanka Szamoty" (1927), "Pałac na kółkach" (1932), "Szpieg w masce" (1933), "Dyplomatyczna żona" (1937) – filmy z jego udziałem biły nad Wisłą rekordy popularności. Równocześnie grał również w niemieckich filmach, na planie jednego z nich miał go nawet połączyć przelotny romans z Marlene Dietrich.

Niebawem jednak okazało się, że podczas częstych wizyty w Niemczech aktor zaangażował się w znacznie bardziej niebezpieczny związek… O kontakty z niemieckim wywiadem (Abwehr) w drugiej połowie lat 30. polskie służby podejrzewały Syma, lecz nie zdobyły na nie niezbitych dowodów. Pewnym natomiast było, że lubującemu w zbytku aktorowi pieniędzy nigdy nie brakowało, choć jego role w niemieckich filmach trudno było uznać za znaczące.

Kiedy we wrześniu 1939 r. III Rzesza napadła na Polskę, Igo Sym jeszcze przez jakiś czas zachowywał pozory, pomagając chociażby przy budowaniu umocnień Warszawy jako członek Straży Obywatelskiej. Po upadku stolicy ten wytrawny aktor porzucił jednak teatralną maskę. Jako zadeklarowany volksdeutsch służył okupantowi jako kierownik Theater der Stadt Warschau (dawniej Teatr Miasta Warszawy), Teatru Komedia oraz kina Helgoland. Wiernie realizował tam niemiecką politykę kulturalną, nie domyślając się jeszcze, że jego kariera właśnie osiągnęła akt ostatni.

W ciągu półtora roku od wybuchu wojny Igo Sym stał się jedną z najbardziej znienawidzonych osób w Warszawie. Wydanie wyroku śmierci przez polskie podziemie wydawało się prawie pewne. Kto jednak i kiedy miał dokonać egzekucji?

Stąpanie po kruchym lodzie

Lista przewin Syma była długa. Jako kierownik Theater der Stadt Warschau aktywnie wspierał niemiecką propagandę, zwalczając w tym samym czasie polską kulturę. Aktorzy, którzy nie zgadzali się brać udziału w projektach takich jak chociażby jadowicie antypolski obraz "Heimkehr” z 1941 r., narażeni byli na szantaż oraz szykany. Po całym mieście krążyły plotki na temat tego, iż to właśnie Sym zadenuncjował Niemcom sławną piosenkarkę Hankę Ordonównę i tym samym doprowadził do jej aresztowania. Czując się bezkarnie, aktor nie ukrywał nawet swoich kontaktów z gestapo.

Nie wiedział, że jest rozpracowywany przez agenta Okręgu Warszawskiego Romana Niewiarowicza (ps. "Łada"). Ten, prywatnie także będąc aktorem, zatrudnił się w Teatrze Komedia właśnie po to, by zbierać informacje na temat Syma. Niewiarowicz dowiedział się m.in., że 8 marca 1941 r. Sym zamierza wyjechać na stałe do Wiednia. Potencjalny wyrok śmierci państwa podziemnego na nim musiał więc zostać wykonany najpóźniej 7 marca.

Oto jest głowa zdrajcy

Sprawa zamachu na Syma do dziś budzi wiele kontrowersji. Wyrok śmierci wydany przez Wojskowy Sąd Specjalny ZWZ 5 marca 1941 r. nie zawierał np. uzasadnienia wyroku oraz składu orzekającego. Rząd w Londynie wyrażał liczne obawy, że śmierć tak znaczącego kolaboranta pociągnie za sobą dotkliwe represje wobec ludności cywilnej. Ostatecznie jednak zbyt wiele osób chciało śmierci Syma, którego powszechnie uważano za symbol zdrady ojczyzny. Jego likwidacja miała być przede wszystkim sygnałem dla okupanta i mieszkańców Warszawy, że polski ruch oporu nie spoczął i wciąż walczy.

Ostatecznie zamachu na kierownika Theater der Stadt Warschau miał dokonać oddział likwidacyjny ZOM, zwany też "Zakładem Oczyszczania Miasta". W jego skład wchodzili dowódca podporucznik Bogdan Rogoliński (ps. "Szary"), podporucznik Roman Rozmiłowski (ps. "Zawada") oraz kapral Wiktor Klimaszewski (ps. "Mały"). Jak już wspomniano, plan akcji powstawał pod dużą presją czasu, gdyż musiała ona zostać sfinalizowana przed wyjazdem Igo Syma do Wiednia.

Przebieg likwidacji różni się w zależności od źródeł, kilku szczegółów możemy być jednak pewni. 7 marca o godzinie 10:00 trzej mężczyźni kierują się w stronę kamienicy na ul. Mazowieckiej 10, gdzie Igo Sym mieszkał z matką. Jeden z nich ubezpiecza parter budynku, podczas gdy dwóch pozostałych staje pod drzwiami mieszkania. Bratowa aktora, która otwiera im drzwi, słyszy pytanie "Czy pana dyrektora Syma możemy prosić?".

Nim jeszcze kobieta zdąży udzielić odpowiedzi, sam gospodarz pojawia się na korytarzu. "Czym mogę panom służyć?" pyta. W tej chwili podporucznik Rozmiłowski siłą wdziera się do mieszkania i ze słowami "Masz, łotrze, za Polskę!" oddaje z pistoletu Vis śmiertelny strzał prosto w serce znienawidzonego aktora. Korzystając z powstałego zamieszania, wszyscy trzej żołnierze oddziału ZOM oddalają się z miejsca zdarzenia i wtapiają w tłum. Akcja likwidacyjna koczy się pełnym sukcesem.

Cena jej jednak była ogromna. Tak jak przewidywał rząd w Londynie, na śmierć swojego ulubieńca władze okupacyjne odpowiedziały krwawym odwetem. W nocy z 7 na 8 marca aresztowano ponad 120 osób związanych z warszawskim życiem kulturalnym i naukowym. Przynajmniej 21 spośród aresztowanych zostało kilka dni później rozstrzelanych w Palmirach. Tym samym ostatni akt dramatu, w którym główną rolę grał Igo Sym, dobiegł końca.

"Elegancja, temperament, sex appeal: to Igo Sym we własnej osobie"

Tadeusz Boy-Żeleński

W najnowszym serialu TVP pt. "Ludzie i bogowie” zobaczymy fabularyzowaną wersję akcji likwidacyjnej Igo Syma. Główni bohaterowie biorą udział w wykonaniu wyroku razem z pozostałymi członkami ZOM. „Dager”, kapral podchorąży Tadeusz Korzeniewski beztrosko się spóźnia, natomiast porucznik Leszek Zaręba, ps. "Onyks" przeżywa rozterki i napięcie nierozerwalnie związane z każdą akcją likwidacyjną.

Wapiennik

Referat 993/W, czyli "Wapiennik". Oddział szybkiego reagowania polskiego podziemia

W toku wojny okazało się, że oddziały likwidacyjne zajmujące się wykonywaniem wyroków polskiego podziemia potrzebne są bardzo często. Dlatego właśnie powstał tzw. "Wapiennik”, czyli wczesny odpowiednik oddziałów specjalnych nad Wisłą.

Powołanie referatu 993

Od marca 1941 r. działalnością kontrwywiadowczą na terenach okupowanej Polski zajmował się tzw. Oddział II Informacyjno-Wywiadowczy ZWZ (następnie AK). Już kilka miesięcy po jego powstaniu stało się jasne, że aby skutecznie przeciwdziałać próbom zinfiltrowania polskich szeregów przez niemieckich szpiegów, Oddziałowi II potrzebne będzie zbrojne ramię. Dotychczas na terenie Warszawy podobną rolę pełnił tzw. oddział ZOM (nazywany "Zakładem Oczyszczania Miasta"), jednak ani liczebnie, ani organizacyjnie nie odpowiadał skali nowych wyzwań.

Dlatego w listopadzie 1941 r. powołano tzw. referat 993, który zajmował się najbardziej ryzykownymi działaniami kontrwywiadu. Podzielony był na komórki o odmiennych funkcjach, np. komórka 993 I zajmowała się zbieraniem informacji, a 993 G obserwacją uliczną. Wykonywaniem wyroków śmierci zasądzonych przez polskie sądy podziemne miała trudnić się komórka 993 W, zwana potocznie "Wapiennikiem". Z czasem liczba zadań stojących przed tym oddziałem znacznie się poszerzyła.

Komórka rośnie w siłę

Początki "Wapiennika" były skromne – w jego skład wchodziło jedynie dwóch żołnierzy, wcześniej należących do ZOM-u. Byli to porucznik Leszek Kowalewski ps. "Twardy" oraz podchorąży Tadeusz Towarnicki ps. "Naprawa". Jesienią 1942 r. zarówno Kowalewski, jak i Towarnicki zaczęli stopniowo powiększać oddział, dopuszczając do niego żołnierzy, których znali z poprzednich lat służby. Wiosną 1943 r. "Wapiennik" liczył już 30 ludzi, z których formowano patrole, zwane też "piątkami". Oprócz mężczyzn rekrutowano także kobiety, w charakterze łączniczek lub wywiadowczyń. Wspomnienia jednej z nich, Izabeli Horodeckiej, ps. "Teresa", do dziś stanowią cenne źródło na temat oddziału.

W lipcu 1943 r. Leszek Kowalewski ps. "Twardy" został aresztowany przez gestapo i rozstrzelany na Pawiaku po kilku dniach tortur. Jako dowódca "Wapiennika" zastąpił go porucznik Stefan Matuszczyk ps. "Porawa", dowódca plutonu "214" w Obwodzie AK "Żoliborz", a także kierownik kursu Szkoły Podchorążych. Nowo przejęty oddział Matuszczyk zwiększył jeszcze i rozbudował. Jesienią 1943 r. "Wapiennik" liczył 87 żołnierzy, podzielonych na dwa plutony dysponujące własną służbą sanitarną. U szczytu powodzenia w 1944 r. referat 993 W przekształcono w 120-osobową kompanię o 3 plutonach, którą można było z powodzeniem angażować do walnych bitew z oddziałami przeciwnika.

Oddział "Wapiennik" nazywa się dzisiaj grupą szybkiego reagowania polskiego podziemia. Do jego zadań, oprócz likwidacji wrogich agentów i szpicli, należała np. ochrona kwatery głównej AK, a także organizacja ewakuacji jej członków w razie zagrożenia aresztowaniem.

Najsłynniejsze akcje

Referat 993 W nigdy nie narzekał na brak zadań. Chyba najsłynniejszą akcją, w której brał udział, było rozbicie latem 1943 r. tzw. "Nadwywiadu” rządu londyńskiego. Była to organizacja utworzona przez Niemców, której członkowie mieli za zadanie przeniknąć do struktur polskiego podziemiu. Pomimo pewnych trudności Kontrwywiad AK przejrzał tę prowokację. W dniu 1 sierpnia 1942 żołnierze "Wapiennika" zastrzelili szefa "Nadwywiadu" – Józefa Hammera-Baczewskiego. 13 września 1942 los przełożonego podzielił jego zastępca, Edward Zajączkowski.

Spośród ok. 70 operacji "Wapiennika" warto wymienić np. akcję "Durrfeld" (25 czerwca 1943 r.), czyli zamach na niemieckiego komisarza warszawskich przedsiębiorstw miejskich. Bardzo burzliwy przebieg miała przeprowadzona 8 października 1943 r. akcja "Za Kotarą", której celem było zabicie właściciela "Baru za kotarą" w Warszawie – Józefa Staszauera, oficera AK i zarazem konfidenta Gestapo. Pech chciał, że w tym samym lokalu przebywali agenci gestapo, którzy odpowiedzieli ogniem na atak żołnierzy "Wapiennika". Pomimo tego misja zakończyła się sukcesem.

ps. "Naprawa"

„Posiadał duży dar współżycia ze swymi podkomendnymi i mimo iż dzieliła go od nich duża różnica wieku […], zżywał się tylko z nimi i swoją funkcję dowódcy traktował po koleżeńsku”

Stefan Matuszczyk o Tadeuszu Towarnickim

Koniec oddziału

Wraz ze zbliżaniem się do przedwojennych granic polskich Armii Czerwonej oraz nieuchronnym wybuchem powstania w Warszawie (akcja "Burza") oddział "Wapiennik" musiał zmienić profil działania. W maju 1944 r. został przemianowany na kompanię strzelecką liczącą sobie 150 żołnierzy zgrupowanych w trzech plutonach. Oddział wcielono w lipcu 1944 r. do batalionu AK "Pięść" (dowódca: major Alfons Kotowski ps. "Okoń"), wraz z którym walczył podczas powstania warszawskiego na Woli, a następnie na Starówce, Czerniakowie i Mokotowie.

Ze względu na doświadczenie bojowe swoich członków oddział stworzony na bazie dawnego referatu 993 W miał opinię elitarnego. Oznaczało to częsty udział w walkach i wysokie straty. Wśród poległych znajdował się m.in. podporucznik Towarnicki, ps. "Naprawa", który zginął 1 sierpnia 1944 r. podczas walk na Woli. Po śmierci popularnego dowódcy kompania przybrała nazwę "Zemsta", zapał bojowy jej żołnierzy nie zapobiegł niestety doszczętnemu rozbiciu oddziału w toku powstania. Dokonał on żywota w gruzach miasta, które jeszcze niedawno było świadkiem jego brawurowych akcji.

Te sprawy trzeba było załatwiać szybko i skutecznie, bo naszymi klientami byli konfidenci gestapo i gestapowcy. Każdy dzień pozostawania tych osobników przy życiu narażał życie ludzi podziemia na śmiertelne niebezpieczeństwo, okrutne śledztwo, kończące się dopiero potem śmiercią. Nie było czasu na refleksje i wahania

Izabella Horodecka ps. "Teresa"

W emocjonującym serialu "Ludzie i bogowie" wyprodukowanym przez TVP wiele wątków jest wręcz żywcem wyjętych z historii okupowanej Warszawy. Oddział Armii Krajowej ps. "Pazur", w którym służą dwaj główni bohaterowie serialu jest wzorowany właśnie na "Wapienniku", a jego akcje – na działaniach Referatu 993 W. Podobnie jak prawdziwi żołnierze AK, tak samo członkowie "Pazura" niejednokrotnie będą musieli podejmować szybkie decyzje, których stawką będzie życie zarówno ich bliskich, jak i osób postronnych.

Nadwywiad

Likwidacja "Nadwywiadu Rządu Londyńskiego". Jak niemieckie służby próbowały przeniknąć w struktury AK

W sierpniu 1942 r. członkowie oddziału likwidacyjnego "Wapiennik" dokonali udanego zamachu na Józefa Hammera-Baczewskiego (ps. "Wujek"). Jego śmierć na jednej z warszawskich ulic zakończyła jedną z najambitniejszych niemieckich prób rozpracowania polskiego podziemia.

Geneza operacji

O tym, że praca wywiadowcza to często błądzenie po ciemku, mieli okazję boleśnie się przekonać żołnierze i współpracownicy Armii Krajowej w 1942 r. Tajna policja Gestapo oraz niemieckie służby wywiadowcze Abwehra utworzyły wtedy organizację, która pod przykrywką służenia rządowi gen. Władysława Sikorskiego w Londynie miała na celu zinfiltrowanie szeregów polskiego podziemia. Pomysł okupanta był diabelnie prosty. Jego agenci podający się za "Nadwywiad Rządu Londyńskiego", a więc organizację stojącą wyżej w hierarchii niż instytucje Armii Krajowej, werbowali członków polskiego podziemia i zbierali od nich cenne informacje.

Twórca "Nadwywiadu", Józef Hammer-Baczewski (vel "Henryk Szwaycer"), był agentem niemieckim jeszcze z czasów I wojny światowej. Wykorzystał swoje doświadczenie i umiejętności, aby stworzyć pozory, że tajna organizacja stworzona przez rząd londyński istnieje naprawdę. Posługiwał się dokumentami z podrobionym podpisem premiera gen. Władysława Sikorskiego, a także stopniem pułkownika i pseudonimem ("Wujek"). W ceremonii przyjęcia nowych członków do "Nadwywiadu" uczestniczyła nawet osoba duchowna. Oczywiście nikt ze zwerbowanych nie mógł informować członków AK o prowadzonej działalności. Przecież "elitarna" organizacja została powołana do kontrolowania działań polskiego podziemia, a nie odwrotnie!

Wyrządzone szkody

Zanim uwagę polskiego kontrwywiadu przykuła działalność "Nadwywiadu" oraz jej tajemniczego przewodniczącego, ludziom Baczewskiego udało się odnieść pewne sukcesy. Zinfiltrowali np. struktury wywiadu więziennego AK, czyli sekcję referatu 998 Wydziału Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu II Oddziału KG AK o pseudonimie "Kratka". Jej dowódca, Kazimierz Gorzkowski ps. "AS" okazał się niewystarczająco czujny. Cenne informacje przepływające pomiędzy więźniami Pawiaka a światem wewnętrznym zaczęły wpadać w ręce okupanta.

Jednak sukcesy Baczewskiego nie trwały długo. Przede wszystkim polski kontrwywiad zaczął zwracać uwagę na częstą bytność jego osoby w okolicach siedziby Gestapo przy Alei Szucha w Warszawie. Ponadto coraz więcej wątpliwości co do autentyczności "Nadwywiadu" mieli niektórzy pracownicy więzienia na Pawiaku. Jeden z nich, Władysław Ryszkowski ps. "Jacek", walnie przyczynił się do zdemaskowania Baczewskiego. Wreszcie i sam rząd londyński zaprzeczył, iż wysyłał do okupowanej Polski kogokolwiek z zadaniem kontroli AK. Latem 1942 r. czas "Nadwywiadu" dobiegł więc końca.

"Podstawowym,[…]zadaniem tej jednostki […]było wykonywanie wyroków śmierci wydanych przez Wojskowy Sąd Specjalny. Mówiąc krótko: nam żołnierzom tego oddziału przypadła rola katów. I trzeba stwierdzić otwarcie, nie była to rola wdzięczna ani łatwa. […] Wykonywaliśmy wyroki".

Włodzimierz Bieżan

Sąd

Dzięki pomocy Władysława Ryszkowskiego ps. "Jacek", działającemu w polskim kontrwywiadzie Stefanowi Rysiowi ps. "Fiszer" udało się rozpracować Baczewskiego i jego organizację. Wyrok podziemnego sądu na oszuście był już tylko kwestią czasu.

Zarzutów dotyczących Baczewskiego nie brakowało. Sąd podziemny wziął pod uwagę oprócz jego działalności na Pawiaku także wydanie przez niego Gestapo komunistycznych skoczków zrzuconych na terenie Polski. Obciążało "Wujka" także zdekonspirowanie samodzielnej sieci wywiadu ofensywnego "Lombard" podległego Oddziałowi II Komendy Głównej AK. Nie było więc niespodzianką, gdy Wojskowy Sąd Specjalny wydał na Baczewskiego wyrok śmierci, którego wykonanie zlecono oddziałowi likwidacyjnemu AK ps. "Wapiennik".

Wykonanie wyroku nastąpiło w dniu 1 VIII 1942, kiedy to dwaj strażnicy więzienni utrzymujący kontakt z Baczewskim zostali wezwani przez niego na spotkanie. Miał ich na nie zaprowadzić jeden ze współpracowników szefa "Nadwywiadu”. Pozwoliło to patrolowi "Wapiennika" pod dowództwem por. Leszka Kowalewskiego (ps. "Twardy") pójść ich tropem najpierw na miejsce spotkania na pl. Krasińskich, a potem do domu przy ul. Tamka 45b. Osłaniany przez kolegów: Romana Rozmiłowskiego (ps. "Srebrny"), Janusza Kowalczyka (ps. "Kieł") oraz Ryszarda Duplickiego (ps. "Gil"), Kowalewski postrzelił Józefa Hammera-Baczewskiego, który zmarł niedługo później w szpitalu.

Koniec "Nadwywiadu"

Po śmierć swojego dowódcy niemiecka organizacja wegetowała jeszcze przez jakiś czas. Bardzo trudnym zadaniem okazało się przede wszystkim skłonienie dawnych współpracowników zabitego prowokatora do podjęcia współpracy z polskim podziemiem. Osobom, które nie dały się przekonać do współpracy, również groził wyrok śmierci podziemnego sądu, co czyniło konieczność ponownego zwerbowania ich szczególnie istotną.

Po Baczewskim funkcję szefa "Nadwywiadu" przejął Edward Zajączkowski. Nie cieszył się on nią jednak długo. 13 września 1942 r. żołnierze "Wapiennika" przeprowadzili akcję likwidacyjną w lokalu przy ul. Marszałkowskiej 81, gdzie zlikwidowano Zajączkowskiego oraz jego współpracownika, Stanisława Szczepańskiego. Tym samym misternie konstruowana przez niemieckie służby mistyfikacja "Nadwywiadu Rządu Londyńskiego" przestała istnieć, jego likwidacja pozostała zaś najsłynniejszą akcją Referatu 993 W.

”Co innego zabić z zimną krwią, na przykład wykonując wyrok sądu, a co innego w akcji. […] Nikt nie lubi zabijać, ale jest rozkaz i koniec.”

Stanisław Likiernik ps. "Stach"

Polacy, który w dobrej wierze przysięgli wierność "Nadwywiadowi Rządu Londyńskiego" w 1942 r. mieli prawo czuć się okrutnie oszukani. Na dodatek ich życiu zagrażało śmiertelne niebezpieczeństwo. Dylematy służby kontrwywiadowczej oraz związane z nią ryzyko świetnie widzimy w nowym serialu TVP pt. "Ludzie i bogowie". Obecna w nim organizacja "Klosz" jest wzorowana właśnie na słynnej mistyfikacji niemieckiego okupanta.

Ludzie i Bogowie